Wspólnota a doktryna


 

Rabarbar,

pisze Pan:

"Wielokrotnie bywałem atakowany i korygowany, że "skoro jestem katolikiem", to powinienem mysleć w sposób narzucany mi przez innych." 

Nie było to miłe, wspołczuję. Przebywanie wśród ludzi przyjaźnie nastawionych, szanujacych odmienne poglady - jest ważne. Ba!, empatyczna wspolnota jest podstawą budującą poczucie szczęścia. Zmienił więc Pan wspolnotę, zwłaszcza, że poglądy nt roli Biblii w religii macie teraz wspólne.

Obserwując Pana krytykę założeń katolickich - czy dobrze rozpoznaję Pana niewypowiedziane wnioskowanie, że im więcej dogmatów i zarządzeń odgórnych - tym trudniej o zbudowanie wspolnoty, która odnosiłaby się rozumiejąco nie tylko do swoich ale i była otwarta na innych?

Czyli, że doktryna jest w kontrze do wspólnoty?

Jako taka- to raczej nie, bo uznajecie postanowienia pierwszych soborów. Chodziłoby więc o to, że kontynuwanie rozwoju dokrtyny w celu naprowadzania wierzących jak mają rozumieć misję Jezusa nie jest juz potrzebne? Bo szkodzi rozszerzaniu wspolnot, gdzie każdy jako wolny ma prawo do doświadczania wiary na swój indywidualny sposób? I czy to miałoby być już odwzorowaniem wspólnoty Jezusowej, zastanawiam się?